Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Wyprawka do szpitala - moje spojrzenie na sprawę ;)

 W internecie mnóstwo list wyprawkowych, od wyboru do koloru! Ja postanowiłam ugryźć to z trochę innej strony.  Do szpitala musiałam zgłosić się z powodu przeterminowania i zanim trafiłam na salę porodową minęły trzy dni przymusowego pobytu na patologii ciąży. Po cesarskim cięciu na oddziale położniczym spędziłam kolejne trzy doby. Cały pobyt trwał więc tydzień, więc zapotrzebowanie na niektóre rzeczy okazało się też inne niż uchwycone na poniższej liście.                                                 

Prezentuję więc spis rzeczy otrzymany od położnej na szkole rodzenia, na czerwono zaś dodaję swoje drobne uwagi ;)

Co zabrać do szpitala? 
DOKUMENTY
- KARTA  PRZEBIEGU  CIĄŻY,
- AKTUALNE  WYNIKI  BADAŃ,
- DOWÓD OSOBISTY,
-DOKUMENT  STWIERDZAJĄCY  FAKT  AKTUALNEGO  UBEZPIECZENIA  ZDROWOTNEGO               (mimo systemu eWUŚ szpitale nadal o to proszą) (Nas nikt o nic nie prosił)
-PLAN PORODU (pominęliśmy)
Dla mamy:
- 2 opakowania pieluch/ podpasek poporodowych np. „Bella” (prawie całe opakowanie zużyłam już na sali porodowej, później rodzina i tak musiała mi dowozić kolejne, polecam więc większy zapas. Nie polecam podkładów z Canpolla, u mnie się nie sprawdziły)
- min. 1 opakowanie podkładów na łóżko z flizeliną/ceratką (Bardzo dobrze sprawdziły się podkłady SENI i podobnie jak wyżej... Dużo zużyliśmy już na porodówce i później trzeba było dowozić, warto więc mieć ich trochę więcej i nie czuć dyskomfortu :))
- duży i mały ręcznik
- 2 rozpinane na wysokości klatki piersiowej  koszule z krótkim rękawem, ciepłe i nieuciskające skarpetki
- UNIKAMY  JAK  OGNIA- jednorazowych flizelinowych majtek! Można kupić kilka luźnych par, nie opinających ciała bawełnianych majtek lub majtek z „ siateczki”. Większość szpitali nie zaleca jednak lub wręcz zakazuje noszenia sztucznych tkanin w okresie połogu ( u mnie sprawdziły się majtki SENI)
- szlafrok (niezbyt gruby)
- stanik- ewentualnie z rozpinanymi miseczkami tzw. laktacyjny (Ja potrzebowałam nawet dwóch!)
- pantofle, klapki pod prysznic
- papier toaletowy, ręczniczek do rąk lub wilgotne chusteczki
- przybory toaletowe: pasta do zębów, szczoteczka do zębów, preparaty do mycia i pielęgnacji ciała, antyperspirant, szampon, grzebień, spinka do włosów, chusteczki higieniczne, chusteczki do higieny intymnej.
- krem/ pomadka natłuszczająca do ust
- kubek, sztućce
- ładowarka do telefonu
- kilka małych torebek plastikowych na odpadki (przydatne również na zabrudzone koszule, które rodzina będzie zabierać do prania)
JEDZENIE  I NAPOJE np:  niegazowana woda mineralna (2 duże butelki, 1 mała),klarowny sok, np. 100% jabłkowy, bawarka, słodkie krakersy, bułka maślana, serek homogenizowany, drobiowa wędlina ( kilka plasterków), twarożek, landrynki, zwykła czekolada bez nadzienia

Dla dziecka:
- 1 opakowanie pieluch rozmiar 3-5kg
- 3 kaftaniki i śpioszki- najlepiej wiązane lub zapinane pajacyki, 2 czapeczki, mogą się przydać „rękawiczki”- bawełniane (zapytać personel szpitala, czy należy zabrać)
- oliwka
- chusteczki nawilżane do pośladków
- krem do pośladków/ maść  witaminowa ( ewentualnie)
- tzw. rożek (opcjonalnie)
 U nas szpital zapewniał ubranka, więc potrzebowaliśmy jedynie akcesoriów do przewijania. W każdym szpitalu jest inaczej, warto się więc wcześniej zorientować czego potrzeba.


Uzupełniając listę:

Już leżąc na patologii zaczęłam mieć problem z pojawiającym się pokarmem, dlatego opakowanie wkładek laktacyjnych jak najbardziej wskazane. Zwłaszcza po porodzie. U mnie sprawdzają się Rossmanowe i z TESCO, Niewysoka cena, a jak najbardziej zdają egzamin.

Bardzo przydały mi się pieluszki tetrowe. W szpitalu w którym rodziłam dawali, ale warto mieć swoje, czy to żeby użyć przy dziecku, czy dla siebie.

Kolejna rzecz , już dla dziecka to podkłady do przewijania. Miałam opakowanie z Pandy, ale polecam też Rossmanowe Babydream.

Zakładając że planujcie karmić piersią... Może nie powinnam o tym pisać, ale polecam zakupić wcześniej silikonowe osłonki na piersi. Niekoniecznie musicie ich użyć, ale z doświadczenia swojego i dziewczyn leżących ze mną na sali wiem, że niestety początki karmienia to nie bajka, a droga przez mękę i poranione brodawki mogą zniechęcić nawet najsilniejszą kobietę. Kończy się to często wysyłaniem męża do drogerii po nakładki. Wybór jest spory, rozmiary różne... Cena nie jest powalająca, więc może warto wcześniej zakupić dopasowane do siebie, a nie liczyć na to, że mąż trafi? Nawet jeśli miałoby nas ominąć ich używanie? Ja używam z Aventu, uratowały moją laktację, bo naprawdę płakałam już z bólu. Teraz powoli je odstawiamy, bo rany się wygoiły, a mała bez problemu łapie się sutka.
Druga rzecz to maść na brodawki, chociaż ja jestem z tych, co to własne mleko uznają za najlepszy środek do smarowania. Ale na wszelki wypadek zapakowałam Lano-maść z  Ziaji. Sprawdziła się również do ust.

Jeżeli wybieracie się do szpitala po terminie, niekoniecznie musi się to od razu skończyć wywoływaniem porodu, dlatego warto zapakować więcej bielizny i koszulki na zmianę. Ja o tym zapomniałam, przekonana, że zaraz będę zmuszona rodzić i trzeba było dowozić :)

Rodzicie z mężami/partnerami? Warto zapakować dla nich coś do jedzenia... Poród może się ciągnąć naprawdę długo i mój biedny mąż przez ponad 20 godz nie miał nic w ustach. Wyjadał moje krakersy, ale co to jest dla faceta paczka krakersów? Warto o tym pamiętać :)


I tyle mojego wymądrzania... O czymś zapomniałam? Coś pominęłam? 

piątek, 9 stycznia 2015

Poród niekontrolowany...

Plan na poród? Oczywiście jakiś nam się w głowie ułożył... Przynajmniej w mojej głowie :)
Przede wszystkim, najważniejszym dla mnie było urodzić naturalnie i przez całą ciążę wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie. Ale plany jak to plany... Potrafią się posypać.
Kłopoty zaczęłam węszyć w momencie, kiedy przekroczyłam termin. Kiedy minął tydzień i musiałam przymusowo zgłosić się do szpitala, wiedziałam, że już nic nie będzie tak jak chciałam. W szpitalu na dzień dobry test OCT. Skurczy brak, akcja porodowa też niestety się nie pojawiła. Przyjęcie do szpitala, patologia ciąży, niewygodne łóżko i trzy dni oczekiwania na decyzję co dalej... W końcu 4 stycznia o 6 rano podano mi pierwszą kroplówkę, mającą wywołać skurcze. Zadziałałam dość opornie niestety... Pierwsze kilka godzin przespałam czekając na jakiś ból. Kiedy w końcu zaczęły się skurcze i były dość regularne i bolesne, współpracować jakoś niespecjalnie chciała szyjka macicy. Rozwarcia jak na lekarstwa... Lekarze postanowili, że trzeba temu zaradzić, więc nastąpiło przebicie pęcherza płodowego. I tak akcja ruszyła, z godziny na godzinę jak wiadomo ból coraz większy, szyjka dalej opornie, ale jednak zaczęła się rozwierać. Mimo bólu, byłam zadowolona, bo zmierzaliśmy do naturalnego finału, który przez pewien czas był zagrożony. Po północy usłyszałam magiczne słowa "wkraczamy w drugą fazę porodu" i wtedy niestety zaczęły się schody... Główka ułożona nieprawidłowo, nie chciała się obrócić. Mimo moich usilnych starań, słuchania wskazań położnej, Róża postanowiła przyjść na świat inną drogą... Lekarze podjęli decyzję i po ponad 20 godzinach od podania kroplówki trafiłam na blok operacyjny, a moja córka przyszła na świat o 2:30 w nocy dzięki cesarskiemu cięciu.

Radość ogromna, że w końcu jest ze mną! Ale kiedy emocje opadły poczułam wielkie rozczarowanie, że się nie udało. Było tak blisko finału i nie wyszło. Byłam rozczarowana sobą, zła, na naturę, że pokrzyżowała mi plany. Do tego doszedł ból po cesarce i wyczerpanie długim porodem naturalnym. Prawie doba leżenia plackiem na szpitalnym łóżku i możliwość oglądania dziecka z pozycji leżącej. 

Jakie wnioski wyciągam? Nie warto się nastawiać na nic. Poród to jazda bez trzymanki i niestety może się zdarzyć że wypadniemy z toru. Nie można urodzić na siłę naturalnie, kiedy jeden z wielu czynników nie zagra. Musiała minąć chwila, żebym sobie uświadomiła, że najważniejsze jest to, że Róża jest ze mną. Nieważne w jaki sposób...

Dlatego nie polecam planowania i nastawiania się... Najważniejszy jest efekt!


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Jeannette Kalyta "Położna. 3550 cudów narodzin"

Pewnie większość z Was kojarzy głos Jeannette Kalyty, z dość często emitowanej reklamy radiowej żelu do higieny intymnej. Reklamodawca zdecydowanie przesadził z częstotliwością, przez co cała Polska już po krótkim czasie miała dość, a słysząc "Nazywam się Żanet Kalyta, jestem położną..." przełączała radioodbiornik na inną falę. Mało kto zainteresował się tym, czy Jeannette rzeczywiście jest położną i jakie są jej osiągnięcia.
Położna w swojej autobiograficznej opowieści zaczyna od momentu, kiedy sama rodziła, a przypadło to w trudnych dla matek latach 80-tych. Kobiety traktowano wtedy przedmiotowo i obcesowo, nie pozwalano na pierwszy kontakt z dzieckiem, brakowało intymności w całym akcie przyjścia na świat nowego życia. Wtedy też autorka powzięła postanowienie. Obiecała sobie, że nigdy nie będzie bezduszną położną, trybikiem w wielkiej fabryce rodzenia. Już na stażu, gdy odbierała swój pierwszy poród, zaraz po pojawieniu się dziecka położyła je matce na brzuchu, umożliwiając tym samym kontakt rodzącej z potomkiem. Spotkało się to z wielką dezaprobatą ordynatora, który ostentacyjnie opuścił salę, jednak było też początkiem zmian jakie miały zajść w polskim położnictwie.
Poród napawa przerażeniem każdą przyszłą matkę. Zwłaszcza, kiedy wcześniej wysłuchują opowieści swoich mam o tym, jak to się kiedyś rodziło, jak to wszystko wygląda itd. Wiele się zmieniło przez lata na lepsze, jednak nadal strach przed pozostaje. Jeannette w swojej książce trochę odczarowuje akt wydania na świat dziecka. Nie minimalizuje bólu jaki matkę spotka, jednak oswaja z jego istnieniem, daje wskazówki jak godnie i świadomie przejść, te bądź co bądź, trudne momenty. Położna podaje wiele przykładów porodów, które odbierała, poświęca dużo uwagi zarówno pacjentkom, jak i ich partnerom. Jej oczy skierowane są przede wszystkim na człowieka, więc pewnie dlatego stała się tak popularna...
 
Kalyta udowodniła, że mając własną wizję i dążąc uparcie do jej realizacji, można skruszyć nawet najtwardsze mury. Jest prekursorką zmian w położnictwie, a ta publikacja świetnie owe zmiany przybliża. Widzimy jak na przestrzeni lat zmieniały się szpitale i zmienili się przede wszystkim ludzie. I chociaż dalej można trafić na relikty starego systemu, to różnica w stosunku do tego co było jest przeogromna. A część tych zmian to zasługa właśnie autorki. Zmusza młode matki, które coraz częściej zamawiają cesarskie cięcia (praktyka, o której usłyszałam od znajomej pracującej w szpitalu), do zastanowienia nad tym, jak ważny dla dziecka i kobiety jest poród i odwodzi od pochopnego podejmowania decyzji o tym jak ma przebiegać.
"Położna. 3550 cudów narodzin" to lektura, która wciąga od pierwszej strony, bawi, wzrusza, daje do myślenia. Nie jest to poradnik, jednak polecam wszystkim, którzy niebawem będą witać na świecie dziecko, jak i tym, którzy dopiero to planują.

czwartek, 9 października 2014

Mężczyzna na porodówce...


Bardzo ciekawa jestem Waszych doświadczeń! Mój mąż chce mi towarzyszyć przy porodzie, ja z kolei mam trochę wątpliwości, ale raczej też jestem za. W końcu nie chciałabym być na tej porodówce sama! Intensywniej zaczęłam nad tym myśleć po wczorajszym spotkaniu w szkole rodzenia... Położna bez owijania w bawełnę mówiła jak poród może przebiegać... Mój mąż chyba troszkę się wystraszył i ciągle powtarza "Jak Ty sobie poradzisz?! Boje się o Ciebie!" No cóż... Urodzić muszę :) Łatwo nie będzie... Tylko czy on da radę i nie doprowadzi mnie przy okazji do szału?! 

Ciekawa jestem jak to u Was przebiegało... :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...